Architekt – tekst utworu

Wita was
szalony architekt snów,
co spuszcza znów,
lawinę słów,
w dolinę pustych głów,
krainę świętych krów,
to co nawinę,
wbije się klinem,
zmiesza krew z winem,
ja podstawie kielich,
i toast wypiję,
wszystkich zabiję,
a jako pierwsi,
będą ssać piersi,
anioła śmierci,
Ci w których mnie mierzi,
totalny brak chęci,
totalny brak życia,
zabiję ich by nie zarazili mnie znów,
chęcią niebycia,
i picia do odbicia.

Tacy głównie mnie kochają,
mówią do mnie, seplenią i jąkają,
pchają całą zgrają, potem tu zostają,
i ściągają na dno, (wiem)
dziwna przypadłość, lecz trwam w tym,
aż prawie będę martwy, (nie!)
za mało śpie, za dużo pije,
ruchu zażywam w łóżku,
i nie dziwię się gdy mówią,
przydałby się anioł stróż tu,
tududududu, wypijam pięć kaw,
nim ogarnę którąś ze spraw,
kopce jak stary fiat.
Strat wśród spraw zdrowotnych,
nie liczę lecz mniej więcej,
siada mi gardło, żołądek, płuca, serce,
tak często że, w nocy nie śpię przez to,
znów, rozsypuję na kartce szesnaście linii – słów.
Mój największy z nałogów, podarek bogów,
daje wytrwać i wpędza do grobu,
zamyka w, zamiast pozbawiać domu,
raz destruuje, raz pozwala sobie pomóc,
gdy wypuszcza ze swych szponów,
wszystko mi zwisa,
i bawię się jak Charlie Sheen,
czy Keef Richards,
żyje pełnią życia,
żyje nie żeby mieć,
lecz by mieć o czym pisać.

W świecie radioaktywnych miast,
gdzie blask latarni
gasi światła gwiazd,
raz po raz przychodził czas,
że mówiłem sobie pas,
stań się jednym z nas,
wołały szare twarze mas,
wczoraj miałem tylko talent,
dziś już stopa, werbel, bas.
Dzisiaj znów leje atrament,
i na trackach sieję zamęt,
chociaż wokół pełno ludzi,
dla których dni są takie same,
mam nadzieję, i kocham ją jak mamę,
może jestem głupi,
ale zrobię to nim świat mnie ukatrupi,
zanim będę ślepo gapił się w sufit,
jeszcze nie raz, (jeszcze nie raz)
sprzedam Ci mentalne roofies.