Mój największy wróg

Wstaje rano. Kawa wychodzi nadzwyczaj dobra. Mam tyle energii że gdybym słodził, dla pewności sprawdziłbym zawartość pojemnika z cukrem. Nieważne. Czuje się świetnie i wiem że dzisiejszy dzień będzie tym idealnym. Dzisiaj na pewno spłodzę tekst który wryje się w ludzkie umysły i zostanie tam jak piosenka którą mimowolnie nuci się od rana do wieczora. Kończę poranną kofeinację i lecę szukać długopisu. Nie jakiegoś tam długopisu. Szukam tego ulubionego. Tego który dostałem na prezent jako pisarski artefakt powodzenia. Otwieram szufladę. O wszechmogący, nieistniejący cieślo z Nazaretu ile ja tego mam. Pędzle, ołówki, rapidografy, żelopisy, markery, szmery, bajery… Przebieram w tym wszystkim dobre dwadzieścia minut jak Bear Grylls w poszukiwaniu najtłustszego robala. Jest! Czarny notes znajduje na samym wierzchu sterty papierów do przejrzenia. Wyrwę z niego parę słabszych tekstów na bloga. Po cholerę mi ten szajs skoro zaraz napiszę genialny tekst. Sprawdzę tylko jeden cytat, żeby nie walnąć babola przekręcając cudze słowa i biorę się do pracy.

Cholerna aktualizacja. Czekam piętnaście minut, aż to pietnastocalowe ustrojstwo łaskawie się odpali jednocześnie wystukując rytm do nowego bitu. Zapisze go później. No dobra. Jeszcze tylko ponowne uruchomienie i… Co, kurwa?! Jaki Error?! Jaki windowsowy bluescreen?! Dwie następne godziny pocę się jak prostytutka na murzyńskim wieczorze kawalerskim aby uruchomić tego grata, a gdy wreszcie odpala… W głowie gaśnie mi pomysł. Jak tonący brzytwy chwytam się Worda w nadziei na choćby jedno sensowne zdanie, które pociągnie za sobą resztę. Nie ma szans. Kurwa! A mogłem zapisać myśl na wygniecionej serwetce z McDonalda jeszcze przy kawie. Ja i mój pieprzony perfekcjonizm.

Dodaj komentarz