Włam na fejsa. Poradnik krok po kroku

Ciekawość.

Ponoć pierwszy stopień do nieistniejącego miejsca w którym czeka na nas mnóstwo atrakacji takich jak lizanie ostrych niczym Carolina Reaper jaj Lucyfera, czy gwałty analne nożem. Mimo wszystko tak trudno jest nam wyzbyć się ciekawości. Nam wszystkim. Nawet tym rozmodlonym, starszym paniom w rodzaju mojej sąsiadki. Takim które umilają nam niedzielne poranki o wiele za głośnym słuchaniem „Radia Maryja” równocześnie przyjmując w oknach postać osiedlowej kamery lub dywagując z koleżankami co, kto, komu, za co i ile (ukradł). Albo więc ich ŚWINTOSZKOWANIE nie jest tak silne jak to okazują, albo ktoś ma tu ochotę na ostre ŚWINTUSZKOWANIE po zakończeniu przykładnego żywota na ziemskim padole… Nieładnie!

(w tekście nie chodzi o zdrową ciekawość poznawania nowych rzeczy, taką która popycha nas w kierunku samorozwoju itp. itd. – a tak żeby było jasne)

Ciekawość, a raczej wścibstwo, które mnie najbardziej uwiera nie przejawia się jednak u nich. One w sumie mi nie wadzą. Jako czarna owca mojej klatki schodowej mogę olać spojrzenia świadczące o tym, że jestem antychrystem, kryminalistą, a przy okazji największym hodowcą, dilerem i konsumentem Marihunaen jednocześnie. Ale gdy ktoś zagląda mi w moją nieskończoną robotę, zwłaszcza teksty, dostaję szału.

Jeżeli jesteś odwiedzającym moje mieszkanie znajomym pewnie ostrzegałem, że nie zagląda się do zeszytów z czarnymi okładkami. Nie zagląda się również do folderów z projektami w kompie, ani telefonów (kiedy wpadnę na coś w plenerze to tam ląduje pomysł). Nie tykaj proszę tego zakazanego jabłuszka (ten tekst byłby lepszy gdybym miał iPhona a nie ceglastą Nokię ale i ta nie chciałbym się zamienić). Nic z tego nie zrozumiesz, bo to myśli wyrwane z kontekstu. Nie wiem czego tam szukasz? Akapitu w którym mieszam Cię z błotem? Poprawiłby Ci humor? Miałbyś chociaż później odwagę przyznać się że „tak szperałem w Twoich prywatnych rzeczach”? Prawdopodobnie nie.

Nie zachowuj się jak zazdrosne o chłopaka dziewcze szukające za wszelką cenę dowodów na zdradę. Chcesz bym nie „opierdolił Cię jak łysej kobyły” (czego w tekstach nie czynię po imionach i nazwiskach – bo po co? Zainteresowani mają mózgi i z całą pewnością wyczują kiedy szpilką słów kłuje ich w dupsko.) to rób tak bym nie miał ku temu powodu. Proste…

I najśmieszniejsze że całe wścibstwo bierze się z faktu, że nie lubię wypuszczać niedopracowanych w świat niepełnych, niedopracowanych komunikatów. Czy to w rozmowie (nie znoszę gadać o pierdołach, gdy nie znam tematu – milknę), czy w tekście. Z doświadczenia wiem, że Ci najbardziej zaciekawieni tym co kryje się w moich notatkach nie zaglądają na bloga. Tutaj, gdzie w uporządkowany dla czytelnika (mam nadzieję) sposób spruwam włóczkę podarowanego mi przez nich i zaciskanego mocno na szyi szalu wkurwienia.

Następnym razem gdy najdzie Cię pokusa łatwego zdobycia wiedzy o kimś (nie koniecznie o mnie), to może zaproś go na kameralną flaszkę i zapytaj zamiast lustrować bez wiedzy. Usłyszysz wszystko to co mógłbyś znaleźć w czeluściach telefonu, notesu czy laptopa. Prawdopodobnie nawet więcej. O ile oczywiście podejmiesz trud by by kogoś szczerze wysłuchać. W świecie w którym ludzie zamienili się w nadające megafony to niemal uniwersalny klucz do najbardziej skrytych tajemnic. Działa. Potwierdzone info.

Dodaj komentarz