Sam ze sobą: Introwertyzm

Kiedy ponad rok temu obejrzałem film o introwertyźmie autorstwa Włodka Markowicza nie kryłem zachwytu. To co zobaczyłem wywarło na mnie wrażenie na tyle duże, że w ciągu kilku następnych dni znękałem nim bliższych znajomych, współlokatora i moją Mamę (introwertyczkę), której do tamtej pory nie pokazywałem ani swoich, ani tym bardziej cudzych internetowych tworów. Nie otworzył mi oczu. O tym że dłuższe przebywanie z ludźmi zabija mnie (nie dosłownie, acz boleśnie) równie skutecznie co palenie papierosów i to w krótszym czasie  wiedziałem od dawna. Tak jak o tym, że czekam do późna aż wszyscy zasną aby w ciszy i spokoju móc malować, rysować czy (jak teraz, o 3.20 nad ranem) pisać. Trudno byłoby aż tak bardzo nie znać swojej natury. Materiał ten sprawił jednak zupełnie co innego. Był jak daleki kuzyn który na imprezie ślini się na widok koleżanki Introwersji, którą zaprosiłeś ot tak bo się znacie i dopiero teraz orientujesz się że to „niezła dupa”. Pokazał na przykładach zalety introwersji. Tego jaki jestem.

„Teraz trzeba to pociągnąć.”

To wbrew pozorom nie słowa reżysera przekazującego Sashy Grey sekrety scenariusza, a te które rozbrzmiały w mojej głowie po obejrzeniu filmu któryś raz. Czułem się zmotywowany i zobowiązany do napisania kilku słów o introwertyźmie zarówno do samego Włodka jak i na bloga. Moje rozgorączkowanie potraktował jednak kubłem zimnych pomyj cały wysyp filmów i komentarzy w stylu „Ej ludzie!!! Patrzcie na mnie!!! Ja też jestem INTROWERTYKIEM!!! I nawet nagrałem o tym film!!! Klikajcie i komentujcie, polubcie go i mojego facebooka, instagrama, tweeter’a, snapchat’a,  udostępniajcie i przy okazji nie zapomnijcie DAĆ SUBA!!!”. Obejrzałem kilka i zachciało mi się rzygać. Nie byłem znawcą tematu wtedy, nie jestem teraz. I wcale nie musiałem, ani nie muszę bo wszystkie „odpowiedzi na film włodka” które obejrzałem były (są nimi nadal bo w ramach przygotowań do tekstu obejrzałem wszystko jeszcze raz) gniotami bez treści. Otrząsnąłem się szybko, skasowałem ówczesny wpis, spojrzałem z dystansu i stwierdziłem „OK, wrócę za rok. Moja introwertyczność nie musi i nie chce być tak ekstrawertyczna.” (- KrzywiK mógłbyś komuś nie dociąć we wpisie? – Nie… i jeszcze nie skończyłem.)

„Gdybyście nie tłukli ich tą pałką w łeb…”

(Nie wiesz o co chodzi? Jeszcze raz odysłam do filmu. Jeśli nie obejrzysz zrozumiesz puentę, jednak nie uzyskasz pełnego obrazu. Your choice.) 

Introwertycy są bardziej twórczy. Statystycznie. Dla ekstrawertyków którym to stwierdzenie wyda się krzywdzące mam fakt, że z przekroju moich znajomych to właśnie Ci bardziej nakierowani „do wewnątrz” osiągnęli najwięcej, stworzyli i tworzą rzeczy które podziwiam i lubię (o wiele bardziej niż cotygodniowe tak popularne „piątek, piąteczek, piątunio” udostępniane na Facebook’u przez ekstrawertycznych imprezowiczów). I najważniejsze:

Introwertykowi samemu ze sobą rzadko się nudzi. Potrafi sobie znaleźć twórcze zajęcie. Czuje się wtedy dobrze. Nie wyrywaj go z jego świata!

W innym przypadku to nie introwertyzm tylko  DEPRESJA. Ale wracając do głównego wątku.

Kiedy to przyszło mi wybierać kierunek studiów (architortura na polibudzie) wszyscy odradzali mi pójscie w kierunku plastycznym/muzycznym (czyli to co rozwinęło się w 99% dzięki introwertycznej naturze). Oprócz oczywistego argumentu finansów który przemilczę ponieważ na rynku w ogóle nie potrzebni są np. graficy i projektanci odpowiedzialni za tworzenie opakowań, logotypów, reklam i wizualnej strony wszystkiego czego używacie, drugim najczęściej wymienianym był PRESTIŻ. Szacunek zawodu architekta. Dopisek przed nazwiskiem sprawiający że błyszczeć będzie ono niczym dupa pawiana na tle innych człekopodobnych. Really, ktoś sądził że naprawdę TO mnie obchodzi? Lubię święty spokój i świadomość że w mojej lodówce jest kilka innych jadalnych rzeczy poza szronem (teraz to już w ogóle lipa bo mam w niej system NoFrost). Błyszczeć wolałbym pracami które podobają się ludziom niż kilkoma znakami przed nazwiskiem, tymczasem ludzie którzy mnie „uczą” odpowiedzialni są za tak wybitne i znane dzieła jak łódzka „Wielka Wagina”. Shit happens, ale przykładów jest jeszcze spora ilość, a opisywałem je między innymi w poprzedniej odsłonie bloga.

Wyrządzają Ci krzywdy nieświadomie. Świat jest pełen dobrych ludzi.

Racja! Za zmarnowany czas, niepotrzebny nikomu (bo system nauczania nie jest aktualny zmieniając się raz na ok. 20-30 lat, na co wskazują daty przy przykładowych pracach pokazywane nam przez wykładowców) nakład pracy, ilość sytuacji frustrujących niczym senna ucieczka podczas której stoisz w miejscu i wiedzy wymaganej na egzaminach choć (co przyznają sami nauczający) kompletnie nie potrzebnej w zawodzie mogę winić tylko siebie. Dałem się wbić walącą mnie swego czasu w łeb pałką namówień i przekonywań w coś co teraz jest dla mnie wrzodem na tyłku dorównującym wielkością zmutowanemu arbuzowi z Czarnobyla. My bad! Nie powinienem dać sobie wmówić niczego sprzecznego z tym co czuje. A skoro dałem (dupy w tej kwestii),to nie mam prawa nikogo o ten błąd oskarżyć. Wiem, że każdy z doradzających chciał i chce mojego dobra. Cieszę się, że najważniejsi z nich przekonali się że mogę poradzić sobie bez tego wszystkiego.  Wierzą i wspierają.

Bo nie ważne czy jesteś intro-, ekstra-, ambi-. Każdy czasem potrzebuje wsparcia.

I choć żaden z tych pierwszych nie potrzebuje hucznych życzeń właśnie tego w dniu Introwertyków mojej Mamie, Włodkowi i Tobie Czytelniku wszystkiego najlepszego życzy

KrzywiK

2 myśli na temat “Sam ze sobą: Introwertyzm

Dodaj komentarz