Ukochaj orzeszka

Pamiętacie gościa z góry? Jasne… Jak można zapomnieć. Był obiektem do obśmiewania w każdej „Epoce Lodowcowej”, choć średnio wiem ile ich było. Potocznego „łacha” darli z niego starzy, młodzi, ci w średnim wieku i ja także. Nawet całkiem niedawno. Z nudów. Bo co tu robić gdy niespodziewanie śniegu naebało (może nie tyle ile pookazuje Adolf ale komunikację w Łodzi i tak paraliżuje większa mrzawka), zimno jest i nie chce przestać, a powietrze w Łodzi i okolicach dobre… O ile się je najpierw pokroi (sprawdźcie zanieczyszczenie u siebie, ja Wam o tym i pogodzie więcej truł nie bede). Nic tylko przygotowywać się do wyginiecia na wesoło.

No i tu jeszcze raz pojawia się wiewiór. Postać poboczna która teraz urosła w moich oczach do głównego bohatera całej historii. Ten obśmiewany futrzak posiada bowiem wiele cech real hero. Przede wszystkim niezachwiany poziom determinacji pomimo przeszkód przy których Chodakowska pochłonełaby przed TV więcej żarcia niż Bridget Jones przez wszystkie filmy, a Hiob uchodzić mógłby za urodzonego szcześciarza. Gdyby spersonifikować orzecha w trosce o którego ganiał po ekranie to można śmiało stwierdzić, że miażdży zaangażowaniem każdą parę filmowych przyjaciół. Syzyfowa praca wiewióra mająa zapewnić obiektowi jego westchnień bezpieczeństwo zawsze jednak kończyła się spektakularną klęską. Ot, zwykły/niezwykły bohater tragiczny. Przypomnij sobie teraz kiedy bohaterski pchlarz odnosił nawiększe porażki…

Lepsze wrogiem dobrego…

Wiewiórtyda. Mnóstwo orzeszków które mógłbyś wielbić i zero obowiązków. I wszystko to spieprzone przez pokusę posiadania tego jednego olbrzymo-żołędzio-mutanta. Takiego którym można się najwyżej udławić. Na koniec odnośnik do życia. Relacji międzyludzkich, realizacji pasji, pracy… Życiowa bulimia. Jeżeli chcesz mieć wszystko, to najprawdopodobniej zostaniesz z niczym.

Dziś krótko. Do jutra!

Biedny Snob

Przekroczenie progów jego mieszkania (tzn. tego w którym wynajmuje pokój, jednak ten fakt pomijamy) to jak MTV Cribs na żywo. Nie ważne czy Cię zna, czy Ty go znasz, czy przyszedłeś do niego, czy planowałeś odwiedzić współlokatora. Równie dobrze mogłeś łazić do tej pory od klatki do klatki chcąc porozmawiać o wycince lasów równikowych czy istnieniu Boga. Nieistotne. Zostajesz zaproszony, lub trafniej rzecz ujmując, dostępujesz zaszczytu wzięcia udziału w programie.

– Chodź, pokaże Ci co mam…

Ton podniecenia wskazuje na to że zaraz zobaczysz coś niezwyklego. Ego rozpiera mówcę na tyle że Johny Bravo zmieszany chowa się we własnym rozporku, kiedy w swoich markowych dresach wprowadza Cię dumnie niczym Sknerus McKwacz w progi swoich włości.

Telewizor. Nie za duży, nie za mały. Normalny. Do niego podpięta jest konsola, przy niej z kolei spoczywa kilka pudełek gier.

– Widzisz? – pyta, wskazując czule konsole – To wersja pro. Dałem za nią x pieniędzy i wiesz kupiłem ten telewizor bo to Sony, a ja chce mieć tylko sprzęt Sony, bo Sony są dobre i są drogie, ale sobie kupię jeszcze PlayStation 2 i 3 i jeszcze potem xbox’y, żeby mieć całą kolekcję konsol. Wiesz, już patrzyłem na ceny i były tanie ale bez pudełka. Ja nie chcę bez pudełka. Ja chce z oryginalnym pudełkiem instrukcją obsługi i folijką. No i słuchawki. Widziałem dobre za osiem stów. Jak są za osiem stów to muszą być najlepsze…

I już wiesz że trafileś prosto w pułapke. Następną godzinę mimo prób ucieczki słuchasz o planach zakupów. Są to plany nie byle jakie. Kolekcja diamentowych szklanek do whiskey, oczywiście minimum piętnastoletniego. Samochód oczywiście tuningowany, najlepiej zaraz po tym jak wyjechał z salonu. Po dłuższej chwili w tym całym pieprzeniu dostrzegasz jednak pewną niezwykłość. Wszystkie te plany są bowiem jedyną rzeczą która jest w stanie przyćmić ego wylewające się w Twoim kierunku wraz z potokiem słów. We wszystkim oczywiście aż roi się od błędów logicznych typu „kupowanie x droższego sprzętu z dobrodziejstw którego nie umie się lub nie może skorzystać”. Tak jest w przypadku rzeczonej konsoli która obsługuje tryby graficzne 4k. Lecz do tego potrzeba telewizora 4k. W przypadku słuchawek których jakość oceniana jest poprzez ich cenę jest podobnie. Ale za to ładne są. I przede wszystkim drogie, a to rzecz która przecież najbardziej obchodzić powinna melomana. Zwłaszcza kiedy ów meloman nie odróżnia niskich tonów od wysokich. Zaczynasz uświadamiać szczęśliwego nabywcę że wyrzucił w błoto pieniądze, jednak on nie przejmuje się tym. Stać go. W końcu jego dzień wygląda niczym klip 50 centa do „Window Shopper”.

W końcu udaje Ci się wyrwać. Nie dajesz wiary ze to wszystko trwało aż do wieczora. Telewizor 4k ląduje na liście marzeń dowartościowanego monologiem snoba. Jutro pochwali się o nim swojemu współlokatorowi. Musi to zrobić, ponieważ poziom napompowania ego pikuje w dół gdy tylko nie ma on kogo obdarzyć swą fascynująca opowieścia. Może jeszcze wstawi na facebook’a zdjęcie zastawionego w lombardzie sprzętu. Pewnie nie zdąży go wykupić więc to dobry plan. To jednak za chwile. Najpierw trzeba po cichu przemknąć się do kuchni i niepostrzeżenie wykraść z lodówki kilka parówek. Może nawet znajdzie się jakiś zbłąkany papieros na blacie. Będzie dobrze. Do wypłaty jeszcze tylko 26 dni…
Jeśli się w życiu głównie chwalisz się tym co masz, to z doświadczenia wiem że chuja masz z życia. Jeśli każdemu chwalisz się tym co chcesz mieć, to już sam nie wiem jak Cię określić. Przedłużającym sobie penisa za pomocą marzeń nieudolnym szpanerem czy najsmutniejszym człowiekiem na ziemi?

Po staremu…

Kiedy w mojej głowie znowu zakwitł wielosezonowy kwiat w postaci myśli „a może zacznę pisać bloga?” chciałem by tym razem było inaczej. Przyjaźniej. Bez krytyki rzeczy na które nie mam wpływu której większość nie przeczyta, a wiekszość z czytającej mniejszości nie przemyśli. Myśl tą pokrzepiały słowa „fajne to, jednak ludzie nie chcą takich treści. Ludzie docierają na blogi gdy szukają odpowiedzi na konkretne problemy”. Zrobiłem research. Przeszperałem kilkadziesiąt blogów. Głos (nie ważne czyj) miał rację. Zobaczyłem przykłuwające uwagę, profesjonalne zdjęcia reklamowe, a pod nimi nagłówki będące CTRL+C CTRL+V z listy najczęstszych zapytań do wujka Google. Teorię sprawdziłem wpisując losowo tytuły wpisów i patrząc po jakiej liczbie znaków wujaszek wyrzyga mi je w podpowiedziach. 8 znaków. Z blogów dowiedziałem jak zawiązać krawat i jak dobrać go do koszuli, która kawa jest najlepsza, jaka sałatka najbardziej fit i jakich perfum używać by być modnym. To może ja powiem Wam jakich ołówków używać do rysowania, który papier jest dobry i do czego? Mimo że zazwyczaj rysuję tym co akurat podejdzie mi pod rękę to założe się, że jest chociaż kilku podobnych do mnie zapaleńców brudzenia kartek, którzy trafili by właśnie do mnie. W przeciwności do większości blogów miałbym przy okazji swoją niszę. To jak będzie?

Po staremu…

Podobnie zresztą jak u Maćka który właśnie dostał awans w swojej świetnej pracy w Londynie i mimo że wrócił na święta myśli już o nadgodzinach które wziąć musi w zamian za świąteczne doby spędzone w kraju. W Polsce w końcu po staremu… nie ma przyszłości.

Po staremu jak w przypadku Magdy która pół roku temu, po latach wciągania nosem w klubowych łazienkach, zrobiła magistra z zarządzania i teraz lepiej zarządza swoim czasem wolnym wciągając nosem w przerwach od wściubiania go w ekran laptopa w poszukiwaniu pracy.

U Mateusza za to wielkie zmiany. Zerwał z dziewczyną, przeprowadził się i rzucił dotychczasową robotę. W sumie teraz kręci z jakąś nową dupą i szuka czegoś by wyrobić na czynsz. W Piątek wybiera się na jakiś melanż do swojej ulubionej knajpy. Czyli w sumie po staremu.

U mnie też po staremu. Po staremu weekend wolę spędzić w domu niż wybierać się na imprezę gdzie po staremu usłyszę wszystkie te historie. Pewnie nic z tego nie wyjdziei ja wyjdę gdzieś nie mogąc znieść braku tematu i nieznośnego szumu w głowie. Kiedy wrócę podchmielony do mieszkania po staremu usiądę przed laptopem by zmęczyć jeszcze bardziej nadwyrężony od kiwania z aprobatą kark i spróbować złączyć te zasłyszane historie w całość puentą podkrapianą „ostatnim” piwem. Może jak powyższe przykłady (imiona dobrane przypadkowo) pominę wszystkie uczucia jak tęsknota za ojczyzną, poczucie bezsensu, czy moralnego kaca spowodowanego brakiem walki o wygasły niedawno związek który rozpieprzył się bo jedno zdradziło, a drugie chlało by zagłuszyć ból po stracie zaufania. Na koniec zamiast zwieńczyć w gruncie rzeczy wymagającą próbę sklecenia choćby kilku słów o tym co myślę, co czuję, co mnie pasjonuje czy o czym marzę, wstawię na fejsa nostaligczną japę Garfield’a z nie moim tekstem o tesknocie za weekendem. Przecież co Was będę zanudzał?

Jak u mnie? Po staremu.

 

Porozmawiajmy o pieniądzach

Przez lata wykonywania na zlecenie mniejszych i większych rzeczy od rysunku, malarstwa, poprzez koszulkowy handmade, na projektach stron, wizytówek, logotypów i innych tego typu pierdołach kończąc, ZAWSZE był to dla mnie temat cholernie wręcz niewygodny. Nadal jest.  Kto choć raz zmuszony był do wyceny wykonanej przez siebie pracy pewnie wie o czym mówię. Niby prosta sprawa bo przecież dlaczego nie ustalić sobie godzinowej stawki? OK. W moim przypadku jednak czas jaki zakładam na wykonanie zlecenia zawsze jest zbyt krótki na dopieszczenie szczegółów w stopniu MNIE zadawalającym, a więc powiadomienie „z góry” ile to będzie kosztować staje się bardzo nieprecyzyjne. Do tego doliczyć muszę jeszcze koszty materiałów (jeżeli robię pracę ołówkiem to luz, ale malarstwa plakatowego nie praktykuję, a sądzę że ceną jednej tubki farby olejnej czy płótna zaskoczony byłby niejeden). Co zrobić z czasem poświęconym na ustalanie co i jak ma na obrazku wyglądać? Przecież w sumie rozmowa i uświadomienie klienta o tym , że kolor ściany na którym chce powiesić to co zamawia ma spory wpływ na odbiór końcowy całości, czy bieganie po mieście za materiałami też jest częścią procesu. Liczyć od godziny? Mniej? Ile? Co zrobić kiedy ktoś najpierw zamówił obraz, a potem postanowił się nie odezwać przez trzy-cztery miesiące (a takie kwiatki się zdarzają)? W tym przypadku najlepiej jakbym krzyknął sobie zwyczajnie dniówkę. Czy godziny wysiłku umysłowego pt. „jak ze starego, weselnego zdjęcia wielkości pocztówki narysować metrowej wysokości urodzinowy portret, na którym przesadnie już „zarumieniona” twarz wujka Zbyszka będzie wyglądać poważnie”  liczyć x2? x3?

Koniec końców znajomi patrząc na wykonane obrazy, zawsze próbują uświadomić mi że „za mało się cenię”. Z drugiej strony Ci sami znajomi niejednokrotnie w sytuacji kiedy to oni coś ode mnie chcą, starają się nadać drugie życie komunistycznemu anachronizmowi załatwiania sprawy „za flaszkę”. I jeszcze jak naprawdę jesteśmy kumplami to rozumiem, ale jak z kimś łączy mnie wyłącznie znajomość na facebook’u, a później burzy się gdy w okienku konwersacji padnie k w o t a,  to krew mnie zalewa.

– KrzywiK, narysowałbyś mi coś? Tak wiesz, taniej, po znajomości?
– A czy Ty po znajomości zapłaciłbyś mi więcej?

W tej kwestii najlepsi są studenci. Przez ostatnie dwa lata prac mojego autorstwa, które następnie ktoś oddawał jako własne zrobiłem niezliczoną ilość. Rysunek, malarstwo, modele 3D… Pierdylion zleceń którymi chwalić się średnio można, podpisu nie ma albo jest zgrabnie ukryty, a one same w najlepszym przypadku wylądowały w studenckiej wersalce. W tym przypadku moja usługa polegająca na oszczędzeniu komuś czasu, tym bardziej nie powinna być traktowana pro bono. I zazwyczaj nie jest. Większość ludzi walczących z idiotyzmem i bezsensem uczelni wyższej (pisałem już o tym na blogu) dość chętnie wykłada należne honorarium. Chwała za to! Jednak gdy ktoś kto za powtarzanie przedmiotu musiałby zapłacić grubą kwotę, a ja za niewiele więcej proponuję mu bezwysiłkowe i bezstresowe zaliczenie z możliwością feedback’u gdyby coś nie pasowało furherowi zwanemu wykładowcą – to coś jest nie tak.

Mógłbym wyliczać dalej przykłady które powodują, że „na piwko” to zabrać mnie możesz gdy zaczniemy w ogóle rozmawiać o tym że chcesz ode mnie rysunek/obraz/coś tam, a nie „w zamian za”. Równie lub bardziej dobitnie pokazujących, że w pięć minut to ja to „machnę” ale tylko na speeddrawing’u i to w przypadku gdy praca będzie na tyle ciekawa by męczyć się z ustawianiem sobie kamerki nad głową.  Bo mimo że lubię to co robię, to nie zawsze jest.

Na koniec… jeśli dostałeś link do tego tekstu w trakcie rozmowy o zleceniu dla mnie. Nieładnie!

P.S. Inspiracją do powstania tekstu był wczorajszy film w trakcie którego namalowany zostaje londyński autobus (LINK). Tym razem nie było jednak najmniejszych zgrzytów na linii KrzywiK/Klient.  Gdy się widzi swoje -dziesiąt godzin pracy zawarte w 3-4 minutach człowieka zwyczajnie nachodzą przemyślenia. Pragnę pozdrowić właścicielkę obrazu, podziękować za bezproblemowy przebieg zlecenia od pomysłu po odbiór, jasne określenie tematu i dużą swobodę dla mnie jako wykonawcy. Dziękuję!