Miasto Uśmiechniętych Twarzy

smile-2340x1728

Widziałem je co kroku. Pierwsza była ekspedientka w jednej z sieciówek, tych sklepów co to są zawsze blisko. Zadowolona widząc znajome twarze przychodzące tutaj co dzień, szczęśliwa mogąc zaoferować najlepszą jakość produktów. Zaraz potem minąłem uroczą blondynkę. Miała dołeczki w policzkach, a zza uwodzicielsko ułożonych w uśmiechu, pełnych warg zerkały na mnie oszałamiająco białe zęby. Minąłem ją zerkając prosto w zielone oczy, świecące jak dwa szmaragdy spod idealnie ułożonej, mimo powiewów zimnego jesiennego wiatru, żniwnej grzywki. Tę piękną, niewerbalną wymianę uprzejmości pomiędzy dwojgiem młodych ludzi dostrzegł najwyraźniej mechanik, którego podczas swoich spacerów zawsze widziałem na placu serwisu samochodowego. Stał koło pięknego, najprawdopodobniej dopiero co opuszczającego zakład, czerwonego samochodu wyciągając do mnie rękę z uniesionym ku górze kciukiem. Po drugiej stronie ulicy zadowolona rodzina wracała z weekendowych zakupów. Mąż spoglądał na żonę z uśmiechem w jednej ręce trzymając torbę, drugą trzymając za rękę brzdąca z utęsknieniem spoglądającego na wystającą z reklamówki nową zabawkę.
Nie słyszałem żadnego śmiechu. Nie byłem w depresji i nie zagłuszał ich warkot silników.

To było Miasto Uśmiechniętych Bilbordów.

POKEMON GO

g_-_-x-_-_s_260x20160715230025_0

Unikatowym niczym niepodstemplowany znaczek pocztowy z czasów Napoleona wydaje mi się ten nie tyle pozbawiony problemów, co podchodzący do nich z dystansem. Niepozbawiony blizn o których opowiadałaby ciekawie, bez zalewania ich wódą i późniejszych prób utopienia mnie w tym zamulonym brodziku, co to już dawno przybrał w jego niewyraźnych słowach rozmiary basenu olimpijskiego. Milknący nie tylko w chwili gdy gardło wymaga zwilżenia, ale gdy ciszy wymaga sama chwila. Niech jego marzenia sięgają daleko poza horyzont kreślony w powietrzu przez kijek do selfie, mijając przy okazji wszelkie kluby na straży których syjamskie bliźnięta połączone wspólną komórką mózgową pilnują, byś wchodząc w eleganckim obuwiu nie wyniósł z wnętrza nic prócz trypra. Ze zdjętym z mózgu szlabanem, który to w jeszcze pozbawionej granic Europie nadal dzieli na dumnych, honorowych, walecznych „Nas” i wszelkiej maści innych „onych”, jednak nie przeszkadza w tym, by wyjeżdżać z kochanej ojczyzny i okradać obce (a często i własne) państwo kiedy tylko znajdzie się sposób na lewy zasiłek. Bez obaw zakasujący rękawy nie tylko po to by mieć, lecz by coś zrobić. Nie plastikowy, drewniany, stalowy, pluszowy, szklany, a z krwi i kości. Po prostu Pokemon. Kiedy ostatnio podobne określenie rozbrzmiało w Twojej głowie, gdy spoglądałeś na twarze dresiarzy, brudasów, hipsterów, Erasmusów, pedałów, bogoli i wszystkich innych?

I mimo obaw o błędne skatalogowanie unikatowego Pokemona sam do siebie nie mam pretensji o te i inne pokebole których wypełnianie pozwala mi zachować zasady interpersonalnego fengshui. Stereotypowe myślenie o narkomanach krzywdzi jednego Keefa Richardsa na stu Ryśków Riedlów. Chroni nas przed pokutą w postaci rozczarowania, kłótni czy zmuszania się do niewzruszonej jak ciało Stephena Hawkinga postawy wobec najzwyklejszego w świecie pierdolenia bzdur. Obawę o zamknięcie unikatowego okazu w złej kulce niweluje rosnące doświadczenie w obserwacji tych niesamowitych stworzeń. Choćby najgroźniej wyglądający  a niezdolny do zdjęcia tarczy subkultury ze strachu przed brakiem akceptacji sprawia, że w głowie rozbrzmiewa mi slogan reklamowy Velvet. Egzemplarz Nietzschego na kolanach Pokemona napotkanego w tramwaju bez zaczytanego wzroku jest niczym więcej jak pawimi piórkami, mającymi jedynie ułatwić dostęp do Muladhary hip-blondyny stojącej nieopodal.

Boję się, że gdzieś pomiędzy nimi tkwić może unikatowy Pokemon, ale nie oszukuje się. Łatwiej złapać muchę pałeczkami z chińskiego żarcia niż te najcenniejsze z nich, które kryją się między tłumem i na domiar złego nie brną do oferowanej nam na każdym kroku, gównianej przynęty w stylu tytułu tego felietonu. I naprawdę wystarczy, że złapiesz jednego.

Każdy dzień jest darem – ODDAM PONIEDZIAŁEK

maxresdefault

Mam nowy kubek i się zachwycam. Przedstawiony na nim rudzielec to jeden z moich ulubionych bohaterów kreskówkowych więc jeżeli wpadniesz do mnie i zaczniesz spoglądać w stronę nowego naczynia krzyknę „Nie pacz bo zepsujesz!”. Ale ja nie o tym.

Nienawiść do poniedziałków to kwestia powszechnie znana, rozumiana i przewałkowana na wszelkie sposoby. Poniedziałki następujące po przedłużonym świąteczno-sylwestrowym weekendzie, w przypadku wielu zakrapianym sowicie „Sowietskoje Igristoje” często wpadają znienacka jak chłopcy z ABW do mieszkania studenta wyśmiewającego ortograficzne popisy Komorowskiego. W takie dni można poczuć się jak facet po pięćdziesiątce. Nogi i ręce się trzęsą, głowa jakaś taka ciężka, wątrobie wyraźnie brakuje zapału by rozpocząć proces regeneracji, a do śmierci (czy chociaż emerytury) jeszcze daleko. A żyć trzeba.
Dosłownie.
Dzisiejszy wpis jest chyba pierwszym który udostępniłem o tak późnej porze. Z dumą stwierdzam, że nie spowodował tego uśmiercany wodą i aspiryną kac. Nie jest to również wina przyciskającego mnie butem do poduszki lenistwa. Jestem zwycięzcą. Bezbronny i rozespany wstałem dzisiaj z samego rana na przekór witającego mnie zza okna szarego świata. Posprzątałem mieszkanie, dokończyłem wszystkie projekty które skonsultować muszę w tym tygodniu, spisałem kilka nowych pomysłów dotyczących strony i bloga, zapłaciłem rachunki. Zarówna wszystkie te rzeczy naraz jak i każda z osobna nie są godne pokojowej nagrody Nobla, jednak pokonanie własnego niechciejstwa daje na koniec dnia satysfakcje i wewnętrzny spokój o jutro. Uczucie które podczas zasypiania widziane jest równie mile co odziana w kuszącą bieliznę piękna kobieta, gotowa urzeczywistnić nasze wyuzdane wizje.
Tygodniu, nadchodzę!

Interpersonalny firewall

Baza ludzi którzy mogą Cie cmoknąć została zaktualizowana

Nie od zawsze niczym Tuwim grzecznie ale stanowczo i bez skrupułów upraszałem kolejne zastępy bliźnich aby mnie w dupę pocałowały. Ten godny wieszcza kunszt i chirurgiczna precyzja w wycinaniu z siatki znajomych komórek patogennych dojrzewały w bólach, obficie podlewane moją własną głupotą. Milczenie w sytuacjach w których ktoś zwyczajnie się nami wysługuje. Ponowne wyciągnięcie dłoni BEZ rewolweru w kierunku ludzi, ktorzy wrzucanie Ci na łeb kolejnych problemów mylą ze słowem „dziękuje”. Utrzymywanie osoby która w naszym życiu zajmuje jedynie połowę łóżka. Nadzieja że w momencie gdy ja potrzebować będę pomocy ktoś taki choć kiwnie palcem. Roboczo określam takie zachowania „syndromem wiernej, bitej żony”. Nazwanie rzeczy po imieniu byłoby mistrzostwem autotrzaskania się po pysku czego nie mam tu ochoty uskuteczniać. Przyznaję się. Wybory równie, o ile nie bardziej głupie niż szlachetne zdarzały mi się nie raz i nie dwa. Z perspektywy czasu warte są tyle co ludzie których dotyczyły i ich zdanie o mnie kiedy cynicznym, werbalnym buciorem „papa” kopałem ich w zad. Jednym słowem – Gówno.

Dzisiaj czas którego potrzebuję by przekonać się o konieczności rozpoczęcia terapii BDD (but-dupa-drzwi) jest diametralnie krótszy. Jeżeli przegniesz pałę radośnie obróce się, ukazując Ci rewers w który możesz mnie cmoknąć i odejdę. Olać Ciebie i Twoje godne księdza Natanka kazanie na mój temat. Im silniejsze będą wybuchy zawiści za moimi plecami, z tym większą obojętnością otrzepię się z popiołu w jaki obracam tym sposobem ludzkie przeświadczenie o własnej wyjątkowości. Na koniec szcześliwy z podjęcia właściwej decyzji przybiję piątkę z ludźmi których naprawdę uważam za niepo… Wróć! Trudnych do zastąpienia.

I na koniec najważniejsze. Ja wiem że święta to czas pojednania, jednak namowy do zakopania wojennego topora wysyłane przez ludzi którzy zwyczajnie przestali dla mnie istnieć i jakoś za nimi nie tęsknie nie mają sensu. Hasłem niczym z slogan reklamowy biedronki kończę dzisiejszy wywód: Jakoś wolę jakość!

Wstał i mnie kopnął

Z rozrzewnieniem wspominam czasy mojego wczesnego słoicyzmu. Bynajmniej nie z powodu lodówki, której jadalną zawartość stanowi szron. Powroty z Łodzi do nieoddalonego przecież o setki mil domu to rodzaj dializy oczyszczającej umysł z myśli o studiach, notorycznie spóźnionych tramwajach i policji pukającej do drzwi o trzeciej nad ranem, kiedy sąsiada budzi pierdnięcie komara. Wręcz uwielbiam powroty na „stare śmieci”. Tak było jest i pewnie zostanie. Mimo wszystkich wyjątkowych chwil jakie zdarzyły się podczas tych ostatnich lat, większość zlewa mi się w jedną całość. Są jednak takie które zapamiętam na zawsze. Jedna z nich miała miejsce dwa lata temu, kiedy czekając na autobus ku osobistej Ziemi Obiecanej poznałem niezwykłego człowieka.

Zwyczajny, krótko ostrzyżony facet przed trzydziestką nie powinien szczególnie wyróżniać się na tle czekającego tłumu. Tak jednak nie było. Prawdopodobnie każda osoba łącznie ze mną choć raz zerknęła w jego kierunku. Wbrew podtytułowi posta nie był to młody Wardęga, który w stroju Spider-Mana pierwszy raz kopiował wyczyny zagranicznych YouTube’erów. Niestety. Gość zwyczajnie siedział na wózku.

Autobus spóźniał się, podtrzymując tradycję PKS-ów. Pięć minut. Dziesięć. Kwadrans. Ludzie zerkali w kierunku niepełnosprawnego mężczyzny chyba tylko po to by nerwowo odwrócić głowę gdy przypadkiem nawiążą wzrokowy kontakt. Robiłem wszystko by nie patrzeć. Wyobrażenie sobie siebie będącego w centrum uwagi jak małpa w zoo tylko dlatego, że nie mogę chodzić napawało mnie strachem, chęcią ucieczki. Ze współczuciem i podziwem myślałem o nim, znoszącym to i wszystkie inne przeciwności z iście stoickim spokojem. Tylu na świecie niepełnosprawnych, tyle utrudnień które Ci ludzi napotykają każdego dnia, tyle cierpienia, tyle rzeczy z których przecież doskonale zdawałem sobie sprawę, a dopiero ten człowiek wzbudził we mnie prawdziwy tajfun empatii. Poczułem się jak totalne dno. Żałosne że poczułem to wszystko dopiero w momencie, w którym obraz osoby na wózku uderzył mnie w twarz niczym Mike Tyson na dopingu.

Autobus nareszcie przyjechał. Ludzie zaczęli nerwowo przepychać się w kierunku drzwi. Na końcu kolejki miejsce zająłem ja i ten facet. Kiedy wszyscy szczęśliwcy ulokowali swe dupska na miejscach siedzących, dostrzegł nas kierowca. Wyszedł na zewnątrz i obaj bez słowa pomogliśmy podnieść się niepełnosprawnemu mężczyźnie. Kiedy w trójkę niezgrabnie wpełźliśmy do autobusu ludzie wydawali się przeżyć przemianę. Nikt nie spojrzał w naszym kierunku. Wszyscy na nowo odkrywali swoje telefony, zaparowane szyby, a nawet ociekające z błota własne buty.

– Przepraszam! Jest tu osoba która naprawdę chciałaby postać, ale nie może! – niemal krzyknąłem w przypływie złości.

Wielce zaskoczonych obecnością osoby niepełnosprawnej znalazło się kilku. Mężczyzna zajął najbliższe zwolnione miejsce, kierowca schował wózek do luku bagażowego i ruszyliśmy. Rozmowa i podziękowania za pomoc, która zarówno wtedy jak i teraz wydała mi się sprawą oczywistą, trwały aż do momentu w którym dojechałem na miejsce. Tomek jechał dalej. To miał być koniec historii jednego z najbardziej niezwykłych powrotów do domu, a on na zawsze pozostać miał w mojej pamięci.

Tak się jednak nie stało. Kiedy spotkałem go dwa lata później przechodząc obok dworca stał o własnych siłach, wspomagając się jedynie kulą. Nie wymieniliśmy numerów telefonu. Od razu zaprosił mnie na piwo i podziękował. Stwierdził, że ciągła obecność w nielubianym przez nas obu mieście osób którym CHCE SIĘ pomóc jest niesamowicie budująca. Po dwóch latach rozpoznał mnie jako taką właśnie osobę. Poczułem się trochę jak super-bohater. Tylko przez chwilę bo kiedy opowiedział wszystko o rehabilitacji, swoich sukcesach w pracy i kobiecie która w krótce zostać miała jego żoną sam sobie wydawałem się szary jak tania srajtaśma. To ON był PRAWDZIWYM bohaterem. Człowiekiem o niezwykłej sile ducha i determinacji. Ponadto kimś kto stanął na nogach by dać mi godnego Tsubasy, motywacyjnego kopa w zad.

Słowem wstępu

Untitled 1

Witaj!

Właśnie jesteś świadkiem ponownego powstania jednego z tysięcy blogów na jakie niechcący natknąć się możesz pomiędzy błogim scrollowaniem facebooka, demotywatorów, youtube’ów i coraz to bardziej wyuzdanej pornografii. Pewnie zaraz klikniesz krzyżyk na karcie z tą stroną, ponieważ zdjęć śmiesznych kotów, fit sałatki śniadaniowej, cynamonowych challenge’y, pornoli oraz całej reszty wartościowego contentu, którego pełen jest internet tu nie uświadczysz. Zamiast tego będę się prężył, szczerzył i pysznił tym czym się zajmuję: architekturą, malarstwem, rysunkiem, muzyką i przelewaniem na klawiaturę mniej lub bardziej jadowitych myśli. Jeśli Cię zirytowałem… to super, bo jako że przypadkiem jestem adminem bloga mogę radośnie usunąć każdy komentarz jaki naskrobiesz. Wytrzyj więc buciory i wyjmij z nich słomę, albo wracaj na żniwa. Chamstwa nie zniese! Jeśli natomiast wytrzymałeś aż do tego zdania to zapraszam na salony ponieważ lubię ludzi niepozbawionych dystansu do świata i samych siebie, ceniących ironiczny dowcip i szukających materiałów innych niż te które wymieniłem!

Pozdrawiam
KrzywiK